15 września 2015

Jak z uchodźcy stać się imigrantem?

Temat uchodźców przewija się przez polskie, europejskie i światowe media już kilka miesięcy, ale dopiero teraz budzi takie skrajne emocje. Dlaczego? Co wydarzyło się przez te kilka miesięcy, że z pełnych współczucia i pomocy obywateli krajów europejskich staliśmy się zimnymi sukinsynami, którzy nie życzą sobie (delikatnie mówiąc) żadnych... uchodźców? (Piszę ze swojej perspektywy, więc proszę mnie nie nadziewać na pal za dość radykalne poglądy w tej kwestii).

Nie jestem kategorycznie przeciwna przyjmowaniu uchodźców i udzielaniu im podstawowej pomocy, ale chcę pomagać matkom z dziećmi, a nie młodym mężczyznom w sile wieku, którzy znaleźli sobie taki sposób na uchylenie się od wojska, że pod przykrywką uchodźcy skolonizują Europę! Dzisiaj w DDTvn gościem był dziennikarz "Uwagi", który spędził z uchodźcami kilka dni. Oni otwarcie mówią, że uciekają - owszem - ale przed poborem do wojska. Zostawili swoje matki, żony, dzieci w obozach dla uchodźców m.in. w Turcji, by przedrzeć się do Europy, otrzymać status uchodźcy, mieszkanie, zasiłki i dopiero wtedy ściągnąć swoje rodziny. Tylko ja się pytam, ile to zajmie? Miesiąc? Trzy miesiące? Pół roku? Czy ich kobiety i dzieci mają cierpliwie czekać, aż łaskawie ich mężczyźni ściągnął ich do siebie? Albo mi się coś pomyliło, albo świat zmierza w dziwnym kierunku, ale według mnie najpierw ratuje się kobiety i dzieci, a nie zdrowych mężczyzn. Czyż nie tak? Owszem, można przyjąć, że droga z Grecji do Niemiec (bo jak wiemy wszyscy uchodźcy są do Niemiec, Anglii albo Skandynawii) jest trudna dla kobiety z dziećmi... Pobawmy się więc przez chwilę w manipulatora - kto wzbudza bardziej współczucie: matka z dzieckiem czy młody mężczyzna? I naprawdę uważacie, że matki z dziećmi musieli by tułać się przez pół Europy? Ja uważam, że szybko znaleźli by się chętni, którzy udzielili by im schronienia i pomocy w dotarciu do "celu". No tak, ale to jest tylko gdybanie i teoretyzowanie...

Czy Polska jest przygotowana na imigrantów? Nie trzeba być dogłębnie zaznajomionym z polityką i ekonomią, żeby wiedzieć, że nie! Nie umiemy zapewnić sobie odpowiedniej pomocy, a co dopiero obcym. Gdybym miała porównać tę sytuację do czegokolwiek to porównałabym ją do postaci ojca Wirgiliusza i jego dzieci. Jak wiemy ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje, a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje. Dzieci ojca Wirgiliusza są w różnym wieku i mają różne potrzeby. Jedne potrzebują pieluch, a inne studiują... Dzieciom ojca Wirgiliusza potrzeba butów na zimę i co robi ojciec Wirgiliusz? Kupuje buty części swoich dzieci, a reszcie mówi: "wybaczcie, wy musicie sobie odmrażać swoje małe paluszki, bo niestety wujek Ahmed wypiął się na swoje dzieci i im kupię buty, a wam nie, więc spadajcie niedorajdy, radźcie sobie sami, albo wypad do ciotki Elki". Jedna z moich koleżanek stwierdziła, że na wszystko da Unia! A Unia ma garniec złota bez dna i nabiera chochlą i rozdaje pieniądze, które bierze z kosmosu? Myślenie na zasadzie "nie obchodzi mnie skąd będą na to pieniądze, byle mi niczego nie zabrali".

Wojna to zło najpodlejszego gatunku i ludziom, którzy nie zawinili w niczym trzeba pomagać! Taki jest nasz ludzki obowiązek! Ale ilu z nas - Polaków - na własny koszt i pod swój dach przyjęłoby kilkoro z tych ludzi? Z jakiej racji osoba, która skończyła dobre studia musi albo zrezygnować z pracy w zawodzie, albo poszukać czegoś w typie "sprzedawca", albo wyemigrować za chlebem za granicę, a ktoś już na wstępie dostanie mieszkanie, opiekę i zasiłek - zupełnie za free? Dlaczego nie wspieramy naszych obywateli, ale chętnie (no teraz to nawet Angela wycofuje się ze swoich szumnych deklaracji o pomocy uchodźcom) pomagamy ludziom, którzy odbiorą mieszkania, na które czekają samotne matki z dziećmi i dostaną zasiłki, o jakich polska rodzina może tylko pomarzyć?

Boję się ich napływu, boję się konsekwencji, boję się ich religii. Może jestem uprzedzona, bo nie każdy katolik chodzi do kościoła, tak samo jak nie każdy muzułmanin detonuje bomby, które zabijają niewiernych, ale gdybym ja wybierała kierunek ucieczki z ogarniętej wojną ojczyzny, to wybrałabym kraje jak najbliższe mojej tradycji, kulturze, religii... Niech Arabia Saudyjska ratuje swoich współwyznawców - stać ją.

P.S. Nadal poszukuję osób ogarniętych w blogspotowych bajerach szablonowych :).

14 września 2015

Cześć!

Żyję!

Wciąż!

Jeszcze!

Powiem szczerze, że do "obudzenia" bloga przywołała mnie Joanna Ka., która wczoraj reaktywowała (MAM NADZIEJĘ AŚKA!!!) swoje "przypadki i wpadki".

Nie chce mi się już blogować, wszyscy moi znajomi z dawnych, dobrych blogowych lat przestali blogować albo pojawiają się sporadycznie, na blogi spoza listy ulubionych raczej nie zaglądam.

Co u mnie? Co się wydarzyło przez ponad rok od ostatniego posta? Jeśli liczycie na epopeję, to muszę Was zmartwić - nie ma czym się chwalić, nie ma co opowiadać, bez zmian, bez rewelacji, bez szału pały! Zresztą, może by i było co opowiadać, gdybym zdawała Wam relację na bieżąco; z czasem zapominam albo nie chce mi się już opisywać. Żałuję, że tak się stało, ale może intensywne blogowanie zarezerwowane jest dla osób (nie wszystkich) kilka lat młodszych ode mnie...?

Z nowych nowości: szablon! Podoba się? Jeśli nie, to trudno - mi jak najbardziej! Nagłówek - przy moim skromnym wkładzie zdjęcia w tle - wykonała  n i e z a s t ą p i o n a  jak zawsze Klaudia, która też już nie bloguje. Poza tym czytam! Nic w tym dziwnego, bo czytałam chyba od zawsze, ale teraz zamiast blogowania wypełniam sobie czas czytaniem. Nie obiecuję, że wrócę, ale postaram się, tak że czekajcie niecierpliwie na pełne jadowitego sarkazmu posty! 

P.S. Poszukuję kogoś, kto ogarnia blogspotowy CSS i HTML, i kto umie zrobić różne fikuśne rzeczy w szablonie. 

7 sierpnia 2014

Wiktoria, zmarszczki i gołębia kupa

Ze mnie bloger jak z koziej dupy trąba i do tego wielka (dupa! Trąba zresztą też!). Znowu napiszę,  że się rozleniwiłam (no cóż, taka smutna prawda) i wszystkich gorąco przepraszam i całuję w czółka. Znając mnie nikt zdrowy na umyśle nie uwierzy, że mi przykro, bo wcale mi przykro nie jest. Ot co!

Ale cobyście sobie o mnie nie zapomnieli, to chciałam przypomnieć się starym znajomym z bloga i przybliżyć moją osobę nowym czytelnikom tym żenujących pierdół, które tu wypisuję od czasu do czasu (halo? jesteście? czytacie?). Co się zmieniło u mnie od ostatniego wpisu? Przede wszystkim będę ciotką! Nie taką, która ciotkuje dzieciom kuzynów, które są ze mną spokrewnione mniej więcej tak samo jak makak ze słoniem morskim. Niedługo na świecie pojawi się Wiktoria! (Nadal nie lubię i nie toleruję wrzeszczących bachorów, ale Wiktoria to prawie jak moje własne... no to sami rozumiecie.) Druga, trochę mniejsza zmiana, która dotknęła mnie bardziej bezpośrednio.  Moje życie stało się bardziej mobilne. Mobilne w wersji DE LUXE! (...)

Teraz przechodzimy do zmian na minus. Od września pożegnam się z moją przyjaciółką.  Wyjeżdża za chlebem do Anglii. Wiem, są telefony, Skype, ale to już nie to samo, gdy praktycznie spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę.  Już za nią tęsknię!

Nigdy nie przyglądam się sobie wnikliwie, tzn. nie siedzę przed lustrem godzinami i nie wyliczam np. piegów i innych tego typu dziwnych aczkolwiek normalnych twarzowych sensacji. Jednak kiedys wpadłam w autentyczny popłoch! Dopadła mnie starość w postaci zmarszczek! Jezu, jestem już taka stara, pomarszczona i w ogóle fuj! Powiedzcie, że Wy też jesteście stare, brzydkie, pomarszczone i fuj! Będzie mi łatwiej i raźniej wiedząc,  że nie tylko mnie czas posunął - niestety nie w dosłownym znaczeniu.

Koniec zmian, teraz chcę napisać to o czym miał być ten wpis w planie pierwotnym.

Odkąd telewizja serwuje nam 23 kanały w formacie cyfrowym jestem prześladowana przez wszelkiej maści telenowele (czy ja o tym już kiedyś nie pisałam?), które na domiar złego są jeszcze powtarzane, przynajmniej raz. Po co powtarzać starą telenowelę? To proste, aby czołowa fanka tego typu produkcji - pani Bożenka,  gdy jakimś nieszczęśliwym zrządzeniem losu nie obejrzała 165 odcinka, mogła uzupełnić tę przerażającą lukę,  to telewizja jest na tyle przytomna i przygotowana na taką sytuację,  że powtórzy nie tylko ten nieobejrzany 165 odcinek, ale przypomni cały serial, coby nasza pani Bożenka utrwalila sobie tę unikatową,  jedyną w swoim rodzaju historię rodziny Buenos Dias. Wracam jednak do meritum.

Moja mama jest fanką! Co prawda nie ogląda namiętnie jak pani Bożenka,  która nie ugotuje, nie posprząta, dziecka do przedszkola nie zaprowadzi, pies już sam nauczył się korzystać z toalety, bo Pablo akurat dowiedział się,  że jest ojcem szwagra byłego męża swojej kochanki. Nie, moja mama ogląda sporadycznie... codziennie przynajmniej jeden odcinek (obojętnie jakiej) telenoweli. Mam w pokoju telewizor, mam też  łóżko i kilka innych rzeczy, ale one nie grają w tym wywodzie żadnej znaczącej roli, więc je przemilczę. Mama urządza sobie w moim pokoju poobiednią sjestę, a żeby się dobrze leżało to najlepiej przy telewizorku i telenoweli! Ostatnio na tapecie jest "Nie igraj z aniołem"... Zapytacie: dlaczego znam tytuł skoro ponoć się nie interesuję? Dodajcie sobie dwa do dwóch: mój pokój,  mój telewizor, (mama też moja, żeby nie było) i "nie przełączać,  bo ja to będę oglądać, a ty se włącz komputer!". Co mi da włączenie komputera, gdy tuż obok Maite Perroni zapieprza na rowerze przez ulice jakiegoś latinoamerykańskiego miasta? Nic! Bić się nie będę,  zębami pilota też nie będę wydzierać, a kłócić się nie ma sensu. Dlatego wbrew swojej woli jestem cichą widzką znienawidzonego przeze mnie gatunku. Fabuły tak do końca nie ogarniam, ale to cos w stylu: baba porzuca/zostawia/zapomina o nim (niepotrzebne skreślić) dziecko, bo coś tam, coś tam. Po mniej więcej 18-25 latach przypomina sobie, że już pora odebrać depozyt (zazwyczaj od jakiegoś księdza). Szuka gorączkowo,  ktoś podsuwa jej figurantkę. Ona się cieszy, ale jej córką nie jest (co wychodzi gdzieś koło 57 odcinka) ta dobrze wychowana, dystyngowana franca, ale skromna, bez kultury chamka, w której zakochuje się narzeczony francy itd. Oczywiście to nie jest takie proste jak się wydaje na pierwszy rzut oka, ale nie znam zawiłości tam przedstawionych. Zastanowiło mnie jednak coś innego:

- jest tam dziewczynka, na oko lat mniej więcej 10, która posiada sekretny pokój,  w którym rozmawia ze swoją... zmarłą babcią. Pokoik ten to pomieszanie studia Domowego Przedszkola a jakiejś chorej wizji samozwańczego dekoratora wnętrz.  Zgroza!

Nie dalej jak wczoraj:

- główna bohaterka przemierza ogrody w towarzystwie właściciela tegoż przybytku. Nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden drobny szczegół: na ramieniu dziewczyny siedział... gołąb! Wypasiony, gruchający, zachowujący się jakby to było jego naturalne siedzisko gołąb! Czekać tylko kiedy gołębiowi zachce sie srać. Twórców poniosła ułańska fantazja. Aaa i jeszcze właściciel tego ogrodu zwał się Leopard. Cyrk i zoo w jednym. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało,  że to naprawdę jakiś cyrk.

Jeśli czyta to jakiś szef, jakiejś telewizji, która pokazuje telenowele, to apeluję, żeby pokazywano je w paśmie po 23:00.

Troszkę mi sie rozwlekło to pisanie i nie bede mieć do nikogo pretensji, jeśli nie będzie się komuś chciało czytać. Będę za to uradowana, gdy przeczytacie i napiszecie kilka sensownych słów.  Wybaczcie za wszelkie błędy i literówki,  ale nie jestem szczęśliwą posiadaczką komputera,  za to los (a właściwie Anna - moja siostra - mama Wiktorii) obdarzył mnie tabletem, także wielkie AJM SORI.

24 marca 2014

Ciśnie się wiele niecenzuralnych słów...

Weszłam dziś rano na blog i czytam co tam ktoś napisał, i natrafiam na TEN post, który mnie wkurwił niemiłosiernie! 

Kto z niepełnosprawnych nie chciałby być zdrowy? No według Autorki tegoż posta nikt, bo Państwo funduje nam luksusy  w postaci rent (620 zł) i zasiłku pielęgnacyjnego dla rodziców dzieci niepełnosprawnych (820 zł.), a my jeszcze chcemy więcej. Tylko że owa dama nie zagłębi się w problem pod kątem tego na co nasze podatki są wydawane, a raczej marnowane. Na pomoc dla uchodźców z Ukrainy - jest. Na zakup nowych mebli do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie jeden fotel kosztował 12 tys. - jest. Na darmowe latanie posłów po świecie, gdzie każdy dostaje 12 tys. diety - jest. No i mój faworyt ostatniego czasu - szanowny pan Trynkiewicz, który teraz sobie żyje pod kloszem Państwa za kilkadziesiąt tysięcy złotych na miesiąc - jest. Może o to by trzeba protestować, żeby obcięto diety o połowę i wypierdolić pana Mariusza niech żyje sobie sam i za swoje? Nie, trzeba obrażać matki (w tym moją mamę) o to, że żądają gruszek na wierzbie, a przecież mają tak dobrze, Państwo tak dba o nasz byt.

Jest mi najzwyczajniej w świecie przykro, że moja choroba jest dla niektórych pretekstem, żeby "doić" z budżetu.

Nie chcę od Państwa ani złotówki tylko niech mi odda moje zdrowie i zdrowie mojej mamy, która przez 25 lat opieki nade mną ma zrujnowane zdrowie, przede wszystkim kręgosłup. Owszem, mama mogłaby mnie oddać do DPS-u i tam dostaliby na mnie 3 tys. od razu, więc pomoc matkom powinna być w interesie Państwa, bo oszczędzają przynajmniej połowę na tym, że mama nie chcę mnie oddawać.

25 lutego 2014

30 day challenge (dzień 6)

Ulubione filmy dzisiaj u mnie na tapecie.

Nie lubię filmów, a dokładniej mówiąc, nie pasjonuję się kinematografią jakąkolwiek (oprócz Dr House'a), więc wybór moich ulubionych filmów jest trudny. 

1. "Wywiad z wampirem"
Pośród tych wypacykowanych, ugrzecznionych, popijających ze słomki posokę zwierzęcą Edziów ten film jest świetny. Polecam film i książkę.

2. "Goście, goście"
Uwielbiam teksty z tego filmu! Zawsze mnie rozśmieszają. 

3. "Skazani na Shawshank"
Zakończenie jest pierwszorzędne!

4. "Milczenie owiec"
Uwielbiam Lectera!

5. "Obcy" (wszystkie części)
No co? Lubię czasem oglądnąć potwory krwawiące kwasem.

21 lutego 2014

30 day challenge (dzień 2)

Myśleliście że ten cudowny tag już dawno poszedł w zapomnienie? No to mam dla Was złą wiadomość, bardzo złą... nie poszedł :D. 

Tak, wiem, nie było mnie tu lata świetlne, ale jakoś straciłam motywację i zapał do blogowania, ale jak mnie najdzie ochota, to napiszę co działo się ze mną przez te kilka miesięcy, a tymczasem przesyłam Wam zdjęcie mojego centrum dowodzenia. Mata i cieszta się. :D


8 sierpnia 2013

Jak to jest z tą przyjaźnią?

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa, to donoszę, że NIE!

Od kilku lat biłabym się z każdym, kto twierdziłby, że taka czysta przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest niemożliwa. Jednak teraz wypada mi jebnąć się w łeb i stwierdzić, że niestety moi Drodzy, po jakimś czasie uczucia wymykają się spod kontroli... Przyjaźń zostaje, ale od tej pory trzeba brać pod uwagę uczucia strony, która chciałaby więcej... To ON chciałby więcej (1.08.13r.).

13 czerwca 2013

TAG

Otrzymałam nominację od Myszy i pośród wkurwiającego bzyczenia much, które w moim pokoju urządziły chyba jakąś kolonię, postaram się odpowiedzieć na zadane mi pytania:

1. Jaka jest tajemnica, której rozwiązanie najbardziej chcesz poznać, choć wiesz, że to trudne lub niemożliwe?
Hmm... 

2. Czy boisz się myszy?
Ogólnie nie boję się gryzoni, nie tylko myszy. Oczywiście nie bawiłabym się z dzikim szczurem wędrownym i nie brałabym w ręce mysz polnych i nie mówiłabym do nich niu niu niu, jaka słodycz, bo jednak ugryzień się trochę obawiam.

3. Jaki jest twój ulubiony język obcy?
Kiedyś niemiecki. A dlaczego? Bo byłam szaleńczo zakochana w Martinie Schmicie i Swenie Hannawaldzie:p. Teraz już mi przeszło. Obecnie nie mam ulubionego języka.

4. W jaki sposób chciałabyś być pochowana? Jakie jest twoje ulubione święto?
Pytanie z pochówkiem jest trochę... niecodzienne, a że moja mama drze się na mnie jak mówię o śmierci, więc je pominę. Jeśli chodzi o święto, to chyba nikogo nie zaskoczę jak powiem, że Boże Narodzenie.

5. Jaka jest najohydniejsza rzecz jakąkolwiek zjadłaś?
Tak Myszo, kiedyś też miałam przygodę z dżdżownicą, ale na szczęście nie doszło do konsumpcji... Jadłam mózg wieprzowy (oczywiście nie surowy) np. W smaku całkiem niezłe. Może być? Odpowiednio ohydne?

6. Jaka byłaś pięć lat temu?
Trudne pytanie i zupełnie nie wiem jaka byłam pięć lat temu. Chyba milsza, grzeczniejsza, uczynniejsza i bardziej przejmowałam się tym, co ktoś o mnie pomyśli.

7. Kosmici - z czym to zjesz?
Gdy pomyślę, że we Wszechświecie możemy być tylko my... to czuję się bardzo samotna.

8. O czym myślisz, gdy patrzysz w niebo nocą?
Nocne niebo działa na mnie bardzo uspokajająco i refleksyjnie, więc zazwyczaj prowadzę wtedy długie rozmowy sama z sobą na tematy wszelakie.

Jak to mam w zwyczaju, nie nominuję nikogo. 

6 czerwca 2013

Program śniadaniowy - wylęgarnia tępoty

Siedzę sobie, bodajże to było przedwczoraj i oglądam "Dzień dobry TVN"... Nie jestem stałym widzem tego programu, gdy prowadzi go moja ulubiona Sztywna Jak Dyszel Od Wozu Pani Pieńkowska, ale włączyłam , może akurat w tym jednym programie Pani Jolanta się nie zbłaźni jakimś durnym żartem, którego sens będzie znać tylko ona. A poza tym czasami zdarzy się, że w takich programach śniadaniowych pojawi się gość, od którego mądrość życiowa będzie bić z oczu i nie opowie o tym jak zrobić zdrową kupkę. Niestety nie doczekałam się ani Jerzego Stuhra, ani Andrzeja Seweryna, ani nawet Henryki Krzywonos... Patrzę na dolny pasek, w którym zazwyczaj prezentowane są kolejne tematy i moim oczom ukazuje się taki mniej więcej tekst: Joanna Jabłczyńska opowie o tym, co jeść, żeby w dniu ślubu wyglądać smukło i pięknie. Kurwa - myślę - odkąd to Joanna Jabłczyńska jest ekspertem w sprawie ślubów i diet?! Ba, odkąd to Joanna Jabłczyńska jest zamężna? Widziałam wiele absurdalnych tematów, ale pomieszania absurdu z tępotą i debilizmem jeszcze nie było. Potem co prawda okazało się, że wyżej wymieniona pani pomagała tylko w tvn-owskiej kuchni przy gotowaniu jakichś lekkostrawnych dań przeznaczonych bardziej dla starych i chorych królików niż ludzi.

Ciekawa jestem, czy tylko u nas panuje taki  d o b ó r  tematów i gości do programów śniadaniowych, czy to jest już światowa tendencja... Przyznam się, że nie zdziwię się, jeśli za jakiś czas będziemy mieli ekspertów z Afryki, którzy będą nas uczyć jak radzić sobie z powodzią i Eskimosów, którzy będą dawać nam rady: jak radzić sobie z oparzeniami słonecznymi. Już nawet nie dziwi mnie to żonglowanie tematami - od matki Madzi po "Ona tańczy dla mnie", no ale... 

29 maja 2013

"Samotność nie ma nic wspólnego z brakiem towarzystwa." - E.M. Remarque

Nie jestem blogową ekshibicjonistką. Piszę o pierdołach - jakieś humorystyczne opowiastki z życia, które mają za zadanie poprawić Wam, moi Drodzy, nastrój. Czasem tylko dostaję pomieszania zmysłów i napiszę jakąś krótką elegię. 

Ostatnio jestem bardzo zaangażowana w blogowanie... Taaa... sami wiecie jak bardzo dbam o moje Drobinki. Tak samo jak nie bloguję, tak też nie czytam Waszych wpisów. Nie będę się usprawiedliwiać i stulać brednie, że wiosna, że brak weny (na to, to ja akurat zawsze cierpię), że nie mam czasu, że bla bla bla... Szczerze Wam powiem, że przez ostatnie półtora miesiąca niewiele mnie obchodziły mój, jak i Wasze blogi. Nie będę Was przepraszać, bo nie czuję, że powinnam...

Jak to jest, gdy przez ponad miesiąc nie znaku życia od człowieka, na którym Wam bardzo zależy? Jak to jest, gdy przez ten czas chodzą Wam po głowie najgorsze myśli, łącznie z tą, że już nigdy nie powiecie mu, jak bardzo za nim tęsknicie? Jak to jest, gdy ból wypełnia każdą komórkę Waszego ciała i przeklinacie los za to, że nic nie możecie zrobić? Jak to jest, gdy nie mówicie o tym nikomu, bo nie chcecie ciągłych pytań "odezwał się?", "wiesz coś?", które tylko potęgują samotność? Jak to jest, gdy sami próbujecie jakoś ze sobą żyć udając przy okazji, że wszystko jest jak najbardziej w porządku? Jak to jest, gdy dopiero w nocy, kiedy nikt Was nie słyszy i nie widzi, płaczecie cicho w poduszkę i odganiacie od siebie najgorsze myśli? Jak to jest, gdy czujecie w środku taką wstrętną, lodowatą pustkę? Niestety na wszystkie te pytania znam odpowiedź... I mam nadzieję, że nie będę musiała już nigdy na nie odpowiadać.

23 maja 2013

Mutacja mózgów

Jak wiecie, jestem fanką horrorów - horrorów, które można by zakwalifikować do komedii, bo ostatnio innych nie widuję Odkąd mam dekoder do odbioru telewizji cyfrowej do moich podstawowych (czterech w szczytowym momencie pięciu) kanałów dołączyły jakieś cudaczne twory będące dziećmi (tak mi się wydaje) TVN-u, Polsatu i TVP. Na jednym z nich (nie pytajcie na którym, bo nie wiem) raz w tygodniu odbywa się emisja jakiegoś horroru, a że ta emisja nie jest o 24:00, to czasem zerknę, czymże tym razem zaskoczy mnie owa twórczość panów (pań też) producentów, aktorów, scenarzystów i cholera wie kogo jeszcze. I tak się składa, że te horrory (klasy -milion) opierają się głównie na jednym motywie - mutacja. Miałam już wątpliwy zaszczyt poznać historię o zmutowanych psach, zmutowanej skolopendrze, zmutowanym waranie, zmutowanym wężu i wężu, który zmutował się z piranią, z tego powstało coś o ciele węża i ryju piranii, jakaś zmutowana ośmiornica i coś, co posiada szczękoczułki (czy nogogłaszczki...) rzecz jasna zmutowane. Większości tych filmów oczywiście nie obejrzałam nawet w 1/3, ale nie trzeba posiadać inteligencji na poziomie Einsteina, żeby dojść do oczywistego wniosku, że tego typu filmy mają bardzo podobną fabułę, która kończy się w taki sam sposób - mutant pożera określoną liczbę ludzi, a gdy już nie może nic przełknąć i ledwo toczy się na swoich zmutowanych odnóżach przybywa bohater, który dysponuje jedynie kozikiem z harcerstwa i powala gada jednym, ale jakże skutecznym ciosem. Wraz ze śmiercią potwora kończy się film. Głupie? Jak chuj! 

Do jakiego stopnia trzeba mieć zmutowany czerep, żeby tworzyć coś takiego?! Czekam z utęsknieniem na zmutowaną świnkę morską i hordę chomików, które zamiast estetycznie wyglądających kolbek i słodkiego pociągania z poidełek, będą się panoszyć po miastach i wyżerać ludzkie mózgi. (Jak ktoś wpadnie na taki pomysł, zmajstruje film o chomikach i nie podzieli się ze mną - pomysłodawczynią - udziałami z zysku, ma przesrane!) A oto scenariusz na ten film:
1. Słodka chomiczyca o imieniu Czu-Czu przez przypadek zjada parówkę z Constaru, po której zaczyna mutować. Mutuje przez miesiąc, dwa, trzy, aż w końcu rodzi małe chomiczątka, które rosną i rosną.
2. Po tygodniu chomiczątka są już wielkości wieprza, a po miesiącu byka buhaja.
3. Właściciele chomiczątek są oczywiście zachwyceni, jeżdżą z mutantkami po świecie, chwalą się nimi, trzepią kasę.
4. Pewnego dnia chomiczątkom zapominają dać jedzenie, a jak przychodzą dokarmiacze i chcą pogłaskać chomiczątka (głodne jak ćpunka na detoksie), wtedy jedno z chomiczątek robi chaps i już nie ma dokarmiacz rączki. Oczywiście chomiczątka uciekają i szukają jedzenia, a że już zasmakowali w ludzkim mięsie, więc do ziarenek, warzywek już nie wrócą.
5. Przez 80% filmu panoszą się po jakimś zapyziałym mieście i po kolei pożerają mieszkańców. Rozmnażają się też, a jakże.
6. Potem to już wiadomo - kilku mieszkańców, którzy pozostali przy życiu zaczynają morderczą walkę o przeżycie. Ostatni, który ocalał skupia się i wymyśla jak pozbyć się gniazda. 
7. Pokonuje chomiczątka i już. The End!
Gud ajdija? :D

8 maja 2013

30 day challenge (dzień 1)

W końcu nastał ten długo oczekiwany dzień pierwszy tej przefantastycznej zabawy. Oto i poemat na moją cześć napisany przez Martę. Dziękuję :*.

"Zmuszona do myślenia tworzę ten pean o Czerwonej Szmince co ma bloga że hej!
Trafiłam na nią lat temu parę,
lecz pokornie skulona nie odzywałam się wcale.
Onieśmielona zimnej suki słowem
myślałam nie raz, jak zagaić rozmowę?
Och, rym ja Ci ten piszę siedząc w szkole i ucząc się durnot
próbuję wytworzyć jakiś poemat o Tobie.
Oddający mendowatość ostrego słowa Twego.
Chyba jednak spasuję
i post ten opublikuję."

Szymborska i Miłosz biją Ci brawa w niebie, Martusiu :D.

16 kwietnia 2013

Kobiety nie tyją!

Moje Drogie Panie, nadejszła w końcu wiosna! A co za tym idzie, trzeba rozebrać się ze swoich zimowych otulin i pokazać trochę ciała. Jeśli ciało jest sprężyste, szczupłe i powabne, to nie ma problemu - wyskakujemy z łachów i tyle. A co jeśli ciało nie jest idealne, że po zimie przytyło nam się troszku tu i troszku tam? No dobra, bez owijania w bawełnę - co jeśli urosła nam dupa do rozmiaru szafy, a bebech jest wielkości pontonu? Na tę okoliczność przesyłam Wam to:

13 kwietnia 2013

Wielki Mocarz Steve

Głupich filmów stworzono wiele i wiele jeszcze powstanie. Jednak ja głupie filmy dzielę na pewne podgrupy:
a) głupie (komedie romantyczne),
b) głupsze (horror z "Laleczką Chucky" w roli głównej),
c) filmy ze Stevenem Seagalem.
I o tych ostatnich chciałabym dzisiaj napisać.

Tutaj Was może zaskoczę, ale ja naprawdę lubię Stevena Seagala i jego produkcje klasy zero. Jego filmy, a raczej filmy z jego udziałem, są tak beznadziejnie durne, że nie pobije ich ani "Zmierzch", ani najgorsza polska produkcja, których coraz więcej w naszym biednym kraju. Wracając jednak do filmów z panem wyżej wymienionym, to lubię w nich to, że nie zmuszają do myślenia, że jest w nich jakaś akcja - co prawda przewidywalna do granic możliwości, ale jeśli ktoś ma ochotę odpocząć, a niekoniecznie chce patrzeć na romansidła, to filmy z tej kategorii będą idealnym rozwiązaniem.

Z wiekiem Seagala spada inteligencja w jego filmach; im starszy tym głupsze robi filmy. Na przykład wczoraj oglądałam bodajże jego ostatnie* dzieło o wdzięcznej nazwie "Naprzeciw ciemności". Film ogólnie opowiada o wirusie, który zamienia ludzi w zombiako-wampiry okupujące szpital, w którym przebywa grupka zdrowych ludzi i trzeba ich uwolnić. I teraz pytanie za miliard punktów. Jak myślicie, kto zostanie wysłany do uwolnienia tych biedaków? Oczywiście Wielki Mocarz Steven (tym razem z kilkorgiem znajomych, którzy są tylko tłem dla potężnego Steve'a) uzbrojony w maczetę, którą siecze wszystko i wszystkich na niecodzienny tatar. Brakuje tam tylko surowego żółtka i ogóra, żeby móc zasiąść do stołu i zajadać pyszny posiłek.

Kto wchodzi w skład tej grupki szczęśliwców (?), którzy wszelkimi możliwymi sposobami chcą się wydostać z tego oblężonego szpitala? Oczywiście są to młodzi, pełni życia ludzie. Siostry braci, córki matek, ciotki siostrzeńców itd. Jak w każdym filmie musi też zaistnieć jakieś upośledzone dziecko, które naprawdę cudownym cudem jakoś uniknie śmierci w paszczach zombiako-wampirów. Upośledzone dziecko było fenomenalne. Wyobraźcie sobie. Szpital naszpikowany głodnymi zombiako-wampirami. Na każdym kroku czają się ich ohydne ryje, które czekają tylko na świeżą porcję ludziny. Upośledzone dziecko odłącza się od starszyzny, bo jest upośledzone i myśli, że samo na pewno sobie poradzi i uda mu się wyjść z tego szpitala. Łazi po korytarzach, rozgląda się, nikogo ani niczego nie spotyka, ale zauważa kocyk i poduszeczkę i co robi upośledzone dziecko? Urządza sobie drzemkę na korytarzu. No kurwa! - pomyślałam. W tym budynku jest milion krwiożerczych bestii, a tobie mały tępaku zachciało się spać?! I to na korytarzu?! Faktem jest, że akcja dzieje się w nocy, a dzieci w nocy śpią, a to, że coś biega po szpitalu i chce nas pożreć... Nieważne, sen jest najważniejszy. Niestety, ale tępota tego bachora nie została ukarana, bo w kulminacyjnym momencie, gdy wygłodniały zombiako-wampir już przygotowywał się do posiłku, nadszedł nie kto inny, jak Steve i posiekał potwora. A tak na marginesie. Co zrobiłoby każde normalne dziecko w wieku około 12 lat, gdyby znalazło się samo wśród takich stworów? Podejrzewam, że na początku zaczęłoby szukać jakiegoś schronienia, a gdyby to nie przyniosło oczekiwanego efektu, to zaczęłoby beczeć jak owca prowadzona na rzeź, między jednym rykiem, a drugim z pewnością posrałoby się ze strachu i samym smrodem z majtów przywabiło by całą hordę zombiako-wampirów. Jednak w filmach tej klasy, dzieci są upośledzone i zachowują się zupełnie nienormalnie.

Inny epizod. Dwójka bohaterów ucieka przed zombiako-wampirami, barykaduje się w magazynie szpitalnym i szuka drugiego wyjścia. Ale pomyliłby się ten, kto sądziłby, że po zabarykadowaniu pierwszych drzwi ile sił w nogach zaczną szukać drugiego wyjścia. Co to to nie. Najpierw trzeba... przejrzeć asortyment owego pomieszczenia. Chodzą, oglądają, szukają (cholera wie czego), rozglądają się... Robią wszystko, tylko nie to, co robiłby każdy normalny człowiek, który znalazłby się w takiej sytuacji, czyli ukryłby się, tudzież zaopatrzył się jakąkolwiek broń i starałby się jakoś przeczekać do rana (bo wtedy zombiako-wampiry zginą). 

Film kończy się tym, że Wielki Mocarz Steve wychodzi ze szpitala z dwójką lub trójką ocalałych (wśród których jest dziecko opóźnione w rozwoju). Reszta została pożarta. The end!

* moje przypuszczenie, bo tak dokładnie to nie śledzę kariery pana S.

1 kwietnia 2013

Creative Blog Award


Zasady:
1. Wyróżnij 5 blogów (nie można wyróżnić osoby, od której dostało się wyróżnienie).
2. Poinformuj osoby wyróżnione o wyróżnieniu.
3. Umieść wyróżnienie na swoim blogu.
4. Podziękuj za wyróżnienie.
5. Opisz siebie w trzech słowach.

Marto, dziękuję Ci za to zaszczytne wyróżnienie. Padam do nóżek, całując je pokornie.

Jestem za leniwa na opisywanie siebie, więc tym razem zrobiła to Zminimalizowana. Jaka jestem według niej? Ano:
Wredną, ironiczną indywidualistka.

Nie typuję nikogo... :D

28 marca 2013

Bez komentarza...

Dzisiaj odbył się pogrzeb naszego sąsiada, który po kilku latach mieszkania na wsi wyprowadził się do Krakowa... i tam dokonał żywota. Oczywiście ze wsi wyruszyła delegacja, aby oddać ostatnie pożegnanie byłemu sąsiadowi. Po wszystkim moja mamusia przeprowadziła burzliwą rozmowę z jedną z delegatek, która tak się złożyło, że jest moją ciotką. Nie obyło się bez szczegółowej relacji z owej uroczystości, w której poruszyły kwestię tego, że ciało zostało skremowane... 

Mama - I nad czym teraz płakać? Nad ciałem czy nad prochem?


26 marca 2013

30 day challenge (dzień 5)

Mimo że przeczytałam wiele książek, to trudno jest mi wybrać pięć, które byłyby moimi ulubionymi; albo czytam jakieś badziewia, albo trudno zadowolić mój gust pod tym względem. Jednak postaram się wymienić te, które pozostawiły we mnie jakiś ślad.

"Opowieść dla przyjaciela" - Halina Poświatowska
Przejmująca, momentami smutna autobiograficzna opowieść w formie listów do przyjaciela. Polecam!

"Oscar i Pani Róża" - Eric Emmanuel Schmitt
Jak oswoić śmierć? Niezwykle mądre rozmowy o przemijaniu, o życiu, o szczęściu...

"PS. Kocham Cię" - Cecylia Ahern
Książka o wielkiem miłości i jeszcze większej sile. O walce z samotnością, o radzeniu sobie bez ukochanej osoby. 

Hannibal Lecter (Hannibal po drugiej stronie maski, Czerwony smok, Milczenie owiec, Hannibal) - Thomas Harris
Uwielbiam Hannibala Lectera... w pewien sposób nawet go podziwiam. Mój ulubiony bohater literacki!

"Kolekcjoner kości" - Jeffery Deaver
Lubuję się w mordach, szczególnie seryjnych! Najpierw obejrzałam film na podstawie tej książki, a dopiero po jakimś czasie sięgnęłam po książkę. Nie umiałabym powiedzieć, co było lepsze.

14 marca 2013

30 day challenge (dzień 4)

5 ulubionych cytatów. Tyle ma ich być, ale nie obiecuję, że zmieszczę się w tej liczbie. Wybaczcie.

"A ja myślę, że całe zło tego świata bierze się z myślenia. Zwłaszcza w wykonaniu ludzi całkiem ku temu nie mających predyspozycji." (Andrzej Sapkowski)

"Być może Bóg chciał, abyś poznał wielu złych ludzi, zanim poznasz tego dobrego, żebyś mógł go rozpoznać, kiedy on się w końcu pojawi." (Gabriel Garcia Marquez)

"Zawsze uśmiechaj się do życia, przecież kiedyś musi się zrewanżować!" (panna.filozof

"Takie mam zasady. Jeśli ci się nie podobają, mam też inne..." (Gaucho Marx) 

"Jestem samolubna, niecierpliwa i trochę niepewna siebie. Popełniam błędy, tracę kontrolę i jestem czasami ciężka do zniesienia. Ale jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza." (Marylin Monroe)

"Zawsze będziesz moim przyjacielem - za dużo wiesz." (?)

"Nie chcę się skarżyć na swój los.
Nie proszę o więcej niż dać możesz.
I ciągle mam nadzieję,
Że chyba wiesz co  robisz, Boże?" (?)

6 marca 2013

Cudownych sąsiadów mam

Ktoś kiedyś napisał tekst i muzykę, a Urszula Sipińska zaśpiewała piosenkę "Cudownych rodziców mam", a ja mogę spokojnie i z czystym sumieniem zaśpiewać cudownych sąsiadów mam, którzy zawsze służą wsparciem i pomocą, nie tyle mnie samej, co mojej mamie... Wiecie, mam takich super sąsiadów, że spokojnie mogłabym przerobić ich na tanią (!) mączkę kostną!

Niektórzy z Was wiedzą, że tak do końca to ja normalna nie jestem, i nie chodzi mi tu o moje dziwactwa, których jesteście świadkiem na tym blogu. Mózg mam całkiem sprawny - umiem powiązać przyczynę ze skutkiem, wiem ile to jest 250 ml i kto to jest Stephen Hawking i parę innych rzeczy też wiem, ale nie chcę się chwalić, żeby Was nie zawstydzać (pamiętajcie, skromność to moje drugie imię!). Jednak ciało me jest taką nietypową puszką Pandory, która to z każdym dniem ma dla mnie nowe plagi, klęski i cierpienia. No cóż, przywykłam. Shit happens! Jednak taki stan mojego zdrowia, według moich nieziemsko pomocnych i życzliwych sąsiadów, ma tylko i wyłącznie plusy, głównie finansowe. 

Wczoraj przyjechały do mnie dwie panie z PCPR-u, żeby zaproponować mi dwutygodniowy wyjazd w góry. I jak dobrze pójdzie, to pewnie pojadę, a co mi szkodzi - w górach nigdy nie byłam, a że ten pobyt nie będzie gwoździem do trumny budżetu domowego, to - mimo moich obaw - zdecydowałam się pojechać. Moja serdeczna sąsiadka (baba lat chyba ponad 80) wyleciała biegiem do tych pań, które to pewnie nie wiedziały, gdzie mieszka ta wsiowa inwalidka i o mało nie wparowała im do samochodu z nadzieją, że powiedzą jej co mi przywożą w darze, na pewno to są pieniądze, więc trzeba się dowiedzieć ile i od kogo, bo potem trzeba zazdrościć i pierdolić po wsi banialuki, że mama na mnie żeruje. Pewnie że żeruje, bo przecież państwo daje jej tyle kasy na mnie, że opływa w luksusy - mieszkamy w ponad pięćdziesięcioletnim domu, który ostatni remont widział chyba za czasów Gierka... Ach, moje kalectwo to jak manna z nieba, każdemu polecam! Nie ma to jak mieć 26 lat i kwękać z bólu, że kręgosłup, że biodro, że noga, że żebra, że dupa - to było moim marzeniem od zawsze. A no i jeszcze zapomniałam wspomnieć, że żeby cokolwiek wyżebrać, czy to wózek, czy to jakieś środki na pozbycie się barier architektonicznych w domu, to trzeba okazywać się wszelkimi możliwymi orzeczeniami, bo to, że moje ciało wygląda jak korzeń mandragory nie wystarczy, trzeba łazić po lekarzach i prosić się, żeby łaskawie napisali oni zaświadczenie, że jestem nieuleczalnie chora. Wow, brawo dla naszej biurokracji.

Ludzie są naprawdę beznadziejnie głupi sądząc, że kalectwo ma jakiekolwiek dobre strony. Przecież gdybym była normalna to skończyłabym szkołę, poszukałabym sobie pracę, w której zarabia się więcej niż te marne ochłapy, za które każe mi wyżyć ZUS. Choćbym miała starym Włoszkom wycierać obesrane dupy i myć zgrzybiałym Włochom stare sflaczałe, rozlatujące się w rękach kutasy, to chętnie zamieniłabym się z każdą zdrową osobą byle tylko móc to robić, zostawiając im te wszystkie dobrodziejstwa, które rzekomo dostaję od państwa, a którymi próbuje ono wynagrodzić mi ból, ograniczenia, brak perspektyw na lepsze życie, strach, bo przecież nie jestem pewna, czy jutro się obudzę. 

Fajnie jest, gdy dbasz o swoje dziecko, pielęgnujesz jak tylko możesz, poświęcasz czas, zdrowie i energię, bo chcesz, żeby żyło jak najdłużej w zdrowiu, a tu nagle życzliwi ci donoszą, że go ukrywasz, bo nie wyprowadzasz zimą na dwór bojąc się, żeby mu stopy nie odmarzły, bo krążenie jest słabe, bo nie chcesz, żeby znowu zachorowało na zapalenie płuc i ledwo co się nie wykończyło w szpitalu. Ludzie naprawdę potrafią podnieść na duchu wypruwającą sobie żyły matkę dziecka, które miało żyć 18 lat, a żyje już prawie 27.

4 marca 2013

30 day challenge (dzień 3)


Już się pewnie zastanawiacie: a gdzie dzień pierwszy, a gdzie dzień drugi? Ano nie ma. Dnia drugiego nie będzie wcale, bo co może być ciekawego w komputerze, kilku książkach i telefonie? A co z dniem pierwszym? W pierwszym dniu trzeba się przedstawić... ale przecież stali czytelnicy mnie znają, a nowi... no cóż, nowi muszą poczekać, aż Marta w końcu zepnie poślady i stworzy poemat o mojej osobie i w bezceremonialny sposób obnaży wszystkie zakamarki mojej plugawej duszy. 

Poza tym jak wiecie, lubię wszystko podporządkowywać tak, żeby mi pasowało, więc nie ma chyba nic dziwnego w tym, że zaczynam od dnia trzeciego, pomijam dzień drugi i pominę pewnie kilka innych dni, które wymagają zdjęć np. przyjaciół... 

A oto i mój pulpit: